<< February 2007 >>
Sun Mon Tue Wed Thu Fri Sat
 01 02 03
04 05 06 07 08 09 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28


If you want to be updated on this weblog Enter your email here:



rss feed



Feb 23, 2007
*

Marcowy poranek. slonce niesmiale wysylalo cieple promienie, ktore oswietlaly pokoj przed otwarte okno. przeswitujace, jasne zaslonki nagrzewaly sie i stezenie tlenu w pomieszczeniu niebezpiecznie spadalo. mozna bylo sie conajmniej udusic. choc okno bylo uchylone, to temperatura powietrza w polaczeniu z oparami dymu papierosowego dawala niesamowita sume oparow niebezpiecznych dla ukladu oddechowego kazdego czlowieka. Rita siedziala na lozku, dopiero co wstala i palila juz trzeciego papierosa. jeden po drugim. pierwszy raz palila na imprezie, raz, czy dwa razy, ale nawet sie nie zaciagnela. nie umiala. nie lubila papierosow. na codzien nie palila. nieliczac tamtych drobnych pociagniec, to byl jej pierwszy raz. w koncu byly jej urodziny. tak swietowala je. choc nie zaciagala sie, dalej nie potrafila, usilnie starala sie tego nauczyc. podobala jej sie ta czynnosc w paleniu. ruchy dloni papierosem, do ust, i w dol. strzepywanie popiolu z koncowki szluga. dawalo to poczucie doroslosci. czula sie dorosla. po trzecim znudzilo jej sie. nawet nie wypalila go do konca. wlasciwie to dopadl ja atak kaszlu, w koncu miala astme. wrzucila papierosa do popielniczki i poszla zrobic cos do jedzenia.
Lodowka jak zawsze swiecila pustkami. zakupow nie mial kto robic. bo niby ona? ma dopiero 16 lat. wlasnie je skonczyla. jako pietnastolatka nie mogla miec tak waznych obowiazkow. i tak nie miala dziecinstwa. nikogo w domu najwyrazniej nie obchodzilo, czy bedzie miala co jesc. zwykle zamawialo sie jedzenie na telefon. ale byl ranek i na sniadanie nie chciala jesc pizzy. zreszta miala jej po dziurki w nosie, bo ile mozna? kiedy jeszcze byla niania, dom funkcjonowal jako-tako. ale Rita zwolnila ja poltora roku temu. znalazla dwa jajka na dnie lodowki. nie wiadomo ile tam zalegaly, ale do wyboru byla jeszcze cytryna, ketchup i cebula. mozna bylo zjesc cebule z ketchupem, albo cytryne z ketchupem, ale ona zaryzykowala. powstala jajecznica. sroda, godzina dziesiata rano. Rita powinna byc w szkole. ale skoro nikt jej nie pilnowal, ona sama decydowala kiedy chce isc, a kiedy nie. dzis nie chciala. nie mogla sobie zrobic tej krzywdy we wlasne urodziny. nikt nawet nie wsciekal sie na nia za to. nikt sie nawet nie dowie. matki niewidziala od bozego narodzenia, a ojciec wiecej czasu spedzal w hotelach na delegacjach i wynajmowanych apartamentach niz w domu. wlasciwie to Rita mieszkala sama. jej ojciec wynajmowal pokoje w centrum miasta i tam zajmowal sie praca, poniewaz obecnosc corki w domu i jej glosny styl bycia przeszkadzalo mu w skupieniu sie na pracy.
Mieszkanie bylo duze, zwlaszcza dla jednej osoby. cztery sypialnie, stu piecdziesiecio metrowy salon, niemniejsza kuchnia, jadalnia, dwie toalety i dwie lazienki. wlasciwie byl to apartament, powstaly z wyburzenia scian dzielacych dwa osobne mieszkania. Rita miala do swojej dyspozycji nianke, ktora zwolnila dawno temu. ukrainska sprzataczka przychodzila trzy razy w tygodniu, ale czesto byla oddelegowywana, poniewaz Ricie przeszkadzala jej obecnosc. wolala byc sama. oczywiscie nie zawsze. czesto sprowadzala do domu znajomych. glosne imprezy zaklocaly spokoj mieszkancow budynku i nie raz nasylali oni policje. na imprezach dzialo sie doslownie wszystko. ale Rita na poczatku tylko brala w nich udzial. czasem byla gosciem, czasem organizatorem. nigdy nie przesadzala z alkoholem, wlasciwie to zaczela bardzo ostroznie, co dziwilo jej rowiesnikow, ktorzy w wieku czternastu, czy pietnastu lat potrafili nawalic sie jak alkoholicy. nigdy nie mieszala sie w narkotyki i papierosy, podejrzewala ze pali sie nie tylko marichuane, ale nigdy nie pragnela zglebic zawartosci skunow. jednak czlowiek sie zmienia. z czasem. teraz skonczyla szesnascie lat. nie oznacza to, ze z dnia nadzien doznala totalnej metamorfozy. ale z kazdym dniem stawala sie dojrzalsza. wiedziala w jakim jest polozeniu i ze moze wszystko. czula sie bezkarna, poniewaz nikt nad nia nie czuwal. miala niczym nie ograniczona swobode. ojciec zawsze dawal jej duzo pieniedzy, dlatego wiekszosc czasu, zwlaszcza w godzinach szkolnych, Rita spedzala buszujac w butikach centrow handlowych i galerii. jej szafy (nie jedna tak jak wielu z nas, ale kilka) nie domykaly sie w szwach. wiekszosci ubran nie nigdy nie nosila. niektore wciaz mialy metki. ale caly czas kupowala nowe i nowe, az w koncu zaczynalo brakowac miejsca wiec wielu z nich pozbywala sie. niezalozywszy ich ani razu.
Po zjedzeniu sniadania wziela kapiel w wannie i rozmyslala co by robic przez reszte dnia. coprawda byla umowiona na wieczor ze znajomymi. ale do 21:00 bylo mnostwo czasu. postanowila isc na zakupy, poniewaz Galeria Mokotow byla zaledwie dwa przystanki tramwajowe od jej domu. wyszla z wanny i obejrzala swoje cialo w lustrze. stwierdzila, ze musi schudnac. jakies piec kilo. moze siedem? wydawalo jej sie to niemozliwe, poniewaz wciaz chcialo jej sie jesc. ciagle byla glodna, choc tak naprawde zoladek miala pelen. byla to oczywiscie sprawa hormonow. narzucila na siebie ogrodniczki, ktore nosila przez ostatni tydzien. wsrod sterty ubran lezacych na podlodze wygrzebala turkusowa koszulke. szybki, pieciominutowy make-up. nie miala czasu na nic "lepszego", bo jej dzien byl dokladnie zaplanowany, co do minuty, i kazde obsuniecie grozilo spoznieniem. dziesiec minut pozniej buszowala juz po sklepach.
Jak mozna wydac cztery tysiace w trzy godziny? to proste. kupic perfumy Burberry i Dolce&Gabbana, dwie pary spodni w Replay'u za jakies 300 zl kazda, cztery podkoszulki Hilfigera, sukienke w Bennettonie, kosmetyki za jakies 200 zl od pudru, 120 za tusz do rzes Diora,  torebka Guess, nowa kurtka, sweter, marynarka z Pepe, Rita nie omieszkala rowniez uzbroic sie w dodatki, tanie, plastikowe bransoletki ktore uwielbiala. gdy chciala wyplacic pieniadze na cos do jedzenia, jej karta odmowila posluszenstwa. limit wyczerpany!

-Halo?
-Tato, potrzebuje pieniedzy.
-Cos sie stalo skarbie?
-Nie, nic, poprostu chce cos  sobie kupic...
-Ostatnio wplacilem ci piec tysiecy, w zeszlym tygodniu...
No wlasnie. od zeszlego tygodnia to i tak cud, ze cztery tysiace uchowaly sie na dzisiejszy szoping.
-Mialam duzo wydatkow, musialam kupic cos do szkoly, jedzenie, czasem chodze gdzies po szkole z przyjaciolmi, wydalam troche pieniedzy na korepetycje... -jasne.
-Wplace co dzisiaj piecset zlotych. (...) moze byc? halo, skarbie, jestes tam?
-No... dobra musze konczyc czesc.
Niezadowolenie dalo sie wyczuc w glosie Rity. jej zagrania byly perfekcyjne. dwie godziny pozniej na jej konto przelewala sie okragla suma dziesieciu tysiecy.

 


Posted at 02:13 pm by krak

 

Leave a Comment:

Name


Homepage (optional)


Comments




Home